„To najpierw „musi się stać”, ale nie zaraz nastąpi koniec”. W dzisiejszej Ewangelii początkowo Pan Jezus mówi o nadchodzącym zburzeniu Jerozolimy. Dalej jednak mówi o znakach końca czasu. Zwraca naszą uwagę na pewne szczegóły, które temu będą towarzyszyć. Pojawi się wielu zwodniczych nauczycieli… będą wojny, głód, podziały…
Nie wiemy jednak kiedy ten koniec nastąpi. Po co więc mówi nam o tym Pan Jezus? Na pewno nie po to by nas straszyć. On chce abyśmy zawsze byli gotowi. Gotowi do stanięcia w obronie wiary, do dawania świadectwa, do oddania nawet własnego życia. Dziś już nie jest „modne” przyznawanie się do Pana Jezusa. Raczej wyśmiewa i prześladuje się tych, którzy do tej wiary się przyznają. Czasem przeciw nam stają też nawet nasi bliscy. Czy to znaczy, że oni już idą z prądem tego świata? Kościół dzisiejszych czasów jest nieustannie atakowany z każdej strony i właśnie już tutaj jest ta sposobność na dawanie świadectwa. Nie możemy stać obojętnie i patrzyć. Musimy bronić naszej tożsamości. Nawet jeżeli nie będzie nas wielu. Pan Jezus powiedział, że jeżeli przyznamy się do Niego przed ludźmi, to i On przyzna się do nas przed swoim Ojcem.
W Dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus prosi nas również abyśmy nie obmyślali „naprzód swej obrony”, ponieważ On sam da nam „wymowę i mądrość, której nikt nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić”. Pozostaje nam więc zadać sobie pytanie. Na ile pozwalam Bogu by przenikał moje życie? Jak pisze prorok Malachiasz w dzisiejszym pierwszym czytaniu o sprawiedliwym sądzie Bożym:  „A dla was, czczących moje Imię, wzejdzie Słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach.”